- szeptak
- Ma rude włosy, zielone oczy i piegi. Jego matka zmarła gdy miał 35 lat. Ojca nie poznał nigdy. Urodził się późno w nocy w szpitalu z czerwonej cegły. Gdy widzi przestraszoną twarz Franza Kafki ogarnia go smutek. Chciałby wieść spokojne i harmonijne życie a ludziom, których spotka dawać tylko radość, szczęście i dobro. Zawsze, gdy to tylko możliwe, siada nocą na brzegu jeziora i patrzy w okna domu gdzie po raz pierwszy pocałował ukochaną.Ceni szczerość i odwagę. Ma już więcej lat niż Chrystus więc świata nie zbawi...
niedziela, 13 maja 2012
ZAWRAT 5:28:44,97
niedziela, 29 stycznia 2012
5OLGA
Dzisiaj obchodzi półwiecze swego istnienia - mam prawie wszystkie jej książki. Widziałem ją na żywo i na telewizyjnie. W dredach i w języku (przepraszam za przejęzyczenie, oczywiście w jeżyku), w spodniach i w spódnicy, w kawiarni i na ulicy. Mam dwa autografy - niedospanych nocy nie przeliczę. Ulubiona książka - oczywiście "Dom dzienny, dom nocny" na spółkę z "Biegunami". Ulubione wspomnienie - deszczowa wyprawa po bezdrożach Krajanowa w poszukiwaniu domu autorki zakończona fiaskiem.
Niniejszym życzę wszystkiego najlepszego - i oby każda kolejna książka była lepsza od poprzedniej.
P.S. Zamiast laurki koncert na pięćdziesiąt palców
Niniejszym życzę wszystkiego najlepszego - i oby każda kolejna książka była lepsza od poprzedniej.
P.S. Zamiast laurki koncert na pięćdziesiąt palców
czwartek, 12 stycznia 2012
Opowiadanie na dobranoc (100)
Julio Cortazar
C I Ą G Ł O Ś Ć P A R K Ó W
Zaczął czytać tę książkę parę dni przedtem. Przerwał z powodu pilnych spraw i otworzył znowu, wracając pociągiem na wieś; z wolna wciągał się w wątek, w rysunek postaci. Tegoż popołudnia, po napisaniu listu do pełnomocnika i przedyskutowaniu z rządcą kwestii dzierżaw, wrócił do niej w ciszy swojego gabinetu, wychodzącego na dębowy park. Zagłębiony w ulubionym fotelu, plecami do drzwi, żeby mu nie przeszkodziło ewentualne pojawienie się jakiegoś intruza, lewą ręka raz i drugi gładząc zielony aksamit, zabierał się do ostatnich rozdziałów. Jego pamięć bez wysiłku zatrzymywała imiona i obrazy bohaterów, atmosfera powieści ogarniała go prawie od razu. Niemal perwersyjnie rozkoszował się świadomością, iż każda linia odrywa go od tego, co go otacza, że głowa jego wygodnie spoczywa na aksamicie oparcia, że papierosy leżą w zasięgu ręki, że za oknami tańczy powietrze popołudnia pod dębami. Pochłonięty ponurym dylematem bohaterów, śledząc słowo po słowie konkretyzujące się, nabierające kolorów obrazy, był świadkiem ostatniego spotkania w góralskiej chacie. Pierwsza, nieufnie się rozgladając, weszła kobieta, teraz nadchodził kochanek, twarz miał zranioną od uderzenia gałęzi. Czule tamowała mu krew pocałunkami, ale oganiał się od jej pieszczot; nie po to tu przyszli, aby powtarzać ceremoniał namiętności, skrywanych pod osłoną zeschłych liści i odludnych ścieżek. Sztylet grzał się na jego piersiach, w których pulsując czaiła się wolność. Zdyszany dialog biegł przez stronnice niby strumień węży i czuło się, że wszystko zdecydowane jest od dawna. Nawet te pieszczoty, które związywały ciało kochanka, jakby chciały odwieść go, powstrzymać, rysowały ohydnie kształt tamtego ciała, które należało zniszczyć. Nic nie zostało zapomniane: przejścia na skróty, przypadki, ewentualne omyłki. Począwszy od tej chwili każda sekunda miała swoje zadanie, swój dokładnie wyznaczony plan. Wspólne bezlitosne powtarzanie go przerywano na sekundę, by ręka mogła pogłaskać policzek. Zapadł zmrok.
Nie oglądając się już na siebie, ściśle związani zadaniem, które ich oczekiwało, rozstali się znowu na progu chaty. Ona miała iść ścieżką wiodącą na północ. Z przeciwległej ścieżki on na chwile zawrócił, by spojrzeć na nią, biegnącą z włosami w nieładzie. Po czym i on pobiegł, kryjąc się za drzewa, za krzaki, aż do chwili, gdy w fiołkowym świetle zmroku dojrzał topolową aleję wiodącą ku domowi.Psy miały nie szczekać i nie szczekały. Rządcy miało nie być i nie było. Wbiegł po trzech stopniach, które prowadziły do sieni, i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach, słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu - a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę.
C I Ą G Ł O Ś Ć P A R K Ó W
Zaczął czytać tę książkę parę dni przedtem. Przerwał z powodu pilnych spraw i otworzył znowu, wracając pociągiem na wieś; z wolna wciągał się w wątek, w rysunek postaci. Tegoż popołudnia, po napisaniu listu do pełnomocnika i przedyskutowaniu z rządcą kwestii dzierżaw, wrócił do niej w ciszy swojego gabinetu, wychodzącego na dębowy park. Zagłębiony w ulubionym fotelu, plecami do drzwi, żeby mu nie przeszkodziło ewentualne pojawienie się jakiegoś intruza, lewą ręka raz i drugi gładząc zielony aksamit, zabierał się do ostatnich rozdziałów. Jego pamięć bez wysiłku zatrzymywała imiona i obrazy bohaterów, atmosfera powieści ogarniała go prawie od razu. Niemal perwersyjnie rozkoszował się świadomością, iż każda linia odrywa go od tego, co go otacza, że głowa jego wygodnie spoczywa na aksamicie oparcia, że papierosy leżą w zasięgu ręki, że za oknami tańczy powietrze popołudnia pod dębami. Pochłonięty ponurym dylematem bohaterów, śledząc słowo po słowie konkretyzujące się, nabierające kolorów obrazy, był świadkiem ostatniego spotkania w góralskiej chacie. Pierwsza, nieufnie się rozgladając, weszła kobieta, teraz nadchodził kochanek, twarz miał zranioną od uderzenia gałęzi. Czule tamowała mu krew pocałunkami, ale oganiał się od jej pieszczot; nie po to tu przyszli, aby powtarzać ceremoniał namiętności, skrywanych pod osłoną zeschłych liści i odludnych ścieżek. Sztylet grzał się na jego piersiach, w których pulsując czaiła się wolność. Zdyszany dialog biegł przez stronnice niby strumień węży i czuło się, że wszystko zdecydowane jest od dawna. Nawet te pieszczoty, które związywały ciało kochanka, jakby chciały odwieść go, powstrzymać, rysowały ohydnie kształt tamtego ciała, które należało zniszczyć. Nic nie zostało zapomniane: przejścia na skróty, przypadki, ewentualne omyłki. Począwszy od tej chwili każda sekunda miała swoje zadanie, swój dokładnie wyznaczony plan. Wspólne bezlitosne powtarzanie go przerywano na sekundę, by ręka mogła pogłaskać policzek. Zapadł zmrok.
Nie oglądając się już na siebie, ściśle związani zadaniem, które ich oczekiwało, rozstali się znowu na progu chaty. Ona miała iść ścieżką wiodącą na północ. Z przeciwległej ścieżki on na chwile zawrócił, by spojrzeć na nią, biegnącą z włosami w nieładzie. Po czym i on pobiegł, kryjąc się za drzewa, za krzaki, aż do chwili, gdy w fiołkowym świetle zmroku dojrzał topolową aleję wiodącą ku domowi.Psy miały nie szczekać i nie szczekały. Rządcy miało nie być i nie było. Wbiegł po trzech stopniach, które prowadziły do sieni, i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach, słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu - a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę.
niedziela, 8 stycznia 2012
nazajutrz
Świat był tak samo pusty jak przed rokiem
mokre ulice posypane siwizną konfetti błyszczały jak świeżo pomalowany płot
słońce wzeszło raźno na nieboskłon
staruszkowie wzeszli raźno do świątyń
pijaczkowie do Żabek
a dzieci tylko smutno patrzyły
na śnieg, którego nie przyniósł św.Mikołaj
poniedziałek, 7 listopada 2011
Lament

Na cmentarzu żydowskim w Biłgoraju wszystkie macewy leżą w ziemi, na ziemi, pod ziemią. Kilka postawiono, kilka wmurowano, resztę ułożono na trawie niczym sekrety małych dziewczynek. Trawa z wolna rozrywa dłonie, wrasta w grzywę lwa, gasi płomienie świec, dokarmia jelonka. TEREN otoczono metalowym szkieletem parkanu, bramę obwiązano łańcuchem i powieszono kłódkę. I nie ma śladu Pana Boga - zbawia na innych cmentarzach. A tu hula wiatr roznosząc reklamówki z pobliskiego Tesco, gwiżdże w rozbitych szkłach butelek, potrąca zdeptane niedopałki papierosów.
Dwieście metrów dalej mieszka strażnik. On jeden ma klucz do bram cmentarza. Ma klucz, ma władzę ale w oczach tylko pustka i smutek. Po podwórku biega jego wierny pies - Rudy. Pies nie gryzie i nie ma pustki w oczach. Ma nadzieję i ufność, że każdego dnia jego pan da mu miskę pełną mięsa i pogłaszcze choć raz. I nie strzeli w tył głowy… nie wpędzi do komory z gazem… nie spali żywcem w stodole…
niedziela, 16 października 2011
jasłowstąpienie
Gdy wchodzisz do brudnego pokoju po siedmiogodzinnej jeździe ściągającym w lewo autem musisz bardzo mocno zacisnąć oczy - i nie przejmuj się jeśli od razu nie poczujesz ulgi a małe iskierki rozbłysną czerwienią, poczekaj aż pająk zdąży prześliznąć się w cień a Pan Bóg nadal będzie milczał - dopiero wtedy przypierdol w noc - ale słowa wulgarne nie są w stanie pokrzepić natury twego ducha uwięzionego w brudnej pościeli pod którą za chwilę zmarzną ci stopy więc stajesz i sięgasz po niedopite w podróży piwo, wzrokiem sięgasz aż po horyzont i spijasz krople krwi spływające z chmur zamiast deszczu. Jeśli to nie pomaga, ubierasz się ciepło i wychodzisz. Mijasz dziurawą siatkę, boisko i idziesz do końca bulwarem by skręcić za róg kamienicy, obskurnej oczywiście, i schodzisz. Prowadzą cię schody, prowadzą cię w dół, prowadzą ożywioną dyskusję, prowadzą strużkę śliny, strużkę szczyny, strużkę wydmuszkę poręczuszkę, dochodzisz do drzwi, dobijasz się, obijasz się, przebijasz się, wchodzisz i widzisz ją - przyczynę wszystkiego złego - siedzi samotnie nad gałką oczną i grzebie paznokciem w tęczówce kieliszka. Widzisz ją zgarbioną, pomarszczoną i przez moment masz ochotę się przysiąść ale wyniośle mijasz ją i idziesz do kontuaru a tam tylko Tyskie i Żubr więc odwracasz się na pięcie i znów schody, bulwar, boisko i rzucasz się na łóżko okrywając zmęczone ciało dwiema kołdrami i nagle ... ogarnia cię zniechęcenie - siadasz a lekarz, który już zdążył umyć ręce ale nie zdążył zejść z obrazu mówi ciepłym głosem - "Przecież może pan jeszcze przeżyć pięknie swoje życie". "Jakie kurwa pięknie!!!" rzucasz mu w twarz (pamiętaj żeby mierzyć tuż poniżej nasady nosa). "Mam w dupie nasadę nosa" - myślisz w duchu, a głośno dodajesz, że już masz dość takiego życia, że wreszcie chciałbyś odnaleźć sens i powód, że chcesz przestać szukać, przestać się szwędać bez celu, że chcesz już znaleźć, że jesteś stary, że czujesz się stary, że nie możesz rzuć tego wszystkiego, że nie możesz rzucić tego wszystkiego i tych papierosów, kochanek, kochanków, krówek, kawy, ciągłego sikania pod wiatr, samotności w wilgotnej pościeli, niepewności, deszczu i niewypranych skarpetek więc rzucasz w niego zmiętą koszulą, spodniami i swetrem i zasypiasz...po godzinie, może dwóch...
Budzisz się, wstajesz i wleczesz się do miasta... ale co to za miasto, nędzny pagórek obsadzony blokami, ulice nie krzyżują się nawet pod kątem prostym, co też cię drażni ale idziesz bo tego nauczyło cię życie - należy iść mimo wszystko, mimo strachu, niechęci, zmęczenia i dochodzisz do kościoła, ale kościół jest nowy, co za niefart, w nowym kościele nie ma jeszcze Boga. Księżom się wydaje że wystarczy pozlepiać kilkaset cegłówek i już jest kościół, gówno, nie ma bo z kościołem jest jak z bocianim gniazdem. Najpierw wspinasz się na słup, układasz oponę potem gałęzie, mościsz słomę i czekasz, czekasz rok, czekasz drugi, mijają kolejne wiosny, kolejne bociany fruną przez wieś ale gniazdo jest nadal puste, mija kolejna wiosna i pewnego słonecznego dnia gdy wracasz z wieczornego dojenia krów wreszcie słyszysz upragniony, wyczekiwany klekot. Tak samo Pan Bóg, zjawia się nagle ale wpierw musi oswoić miejsce, przyjrzeć się ludziom, posłuchać ich modlitw, przebaczyć im grzechy i wreszcie, kiedy już pozna ich dusze, zamieszkać w przygotowanym tabernakulum. Są kościoły, do których nie wprowadza się nigdy.
Nad potrójnymi, dwuskrzydłowymi, drewnianymi drzwiami wmurowano aż sześciu świętych, w tym dwie kobiety: błogosławiona Salomea i św. Kunegunda, św.Franciszek, św. Maksymilian Maria Kolbe, bł. Jakub Strepa, św. Bonawentura (sprawdzić różnicę między świętym a błogosławionym). Nie wiesz - pilnują czy zapraszają - mimo wszystko wchodzisz (ścisz lub wyłącz komórkę) i już jest nieźle bo woda święcona święci się w nieoszlifowanej rynnie z surowego żelaza. Moczysz opuszki palców, czynisz znak krzyża i wchodzisz. Wchodzisz w mgłę żółtego światła bijącego znad ołtarza. Światło, przefiltrowane przez smukłe witraże, przewierca ci duszę i stajesz w miejscu obezwładniony boskim majestatem. Cicho stąpasz po posadzce i ruszasz niepewnie lewą nawą. Twój wzrok pada na drogę krzyżową, takiej jeszcze nie widziałeś. Nie widziałeś takiego Chrystusa, który pada na przejście dla pieszych a przechodnie idą dalej, pomimo niego, pomimo wszystko, ty też idziesz dalej i widzisz na każdym kolejnym obrazie mnicha w czarnym kapturze i nie wiesz czy to przyjaciel czy wróg - jest tajemniczy i zwodniczy, modli się ?, współczuje ? Powietrze szeleści kaszlem staruszek, mijasz konfesjonały rzędem oskrzydlające obie nawy. Ich kształt i kubatura przywodzą na myśl przedsionek piekła, właściwie nie przedsionek a windę, którą bohater jakiegoś kryminalnego filmu zjeżdżał na wieczne potępienie. Mieszają ci się obrazy, mieszają odczucia, ale idziesz dalej, fotografujesz, patrzysz i widzisz kolejnego Chrystusa zawieszonego na ścianie i jakby na pocieszenie okrytego białą smugą reflektora, wasze oczy spotykają się, jego wzrok jest martwy, drewniany a twój? co widzisz ? potrafisz odpowiedzieć sobie na to pytanie ? potrafisz zrozumieć co ten człowiek przybity do krzyża zrobił dla ciebie? Może tak jak ty włóczył się po kościołach, synagogach, rynkach i miasteczkach by wreszcie, po latach, odnaleźć sens i cel swojego życia ? Dlaczego jesteś niepewny?
Na środku kościoła ustawiono katafalk. Stawiasz na nim aparat i fotografujesz witraże. Matryca aparatu cicho chrzęści jakby mieliła miniaturowe chrząszcze. Masz poczucie że wszystko wokół zaraz się rozpadnie, rozpryśnie jak małe szkiełka witraży a jednocześnie fascynuje cię kolor cierpienia malującego się na twarzy krzyżowanego Chrystusa. Naciskasz spust migawki i zamykasz Chrystusika w swoim czarnym pudełeczku, od teraz masz go tylko dla siebie. Będziesz patrzył na niego w nocy i z niewytłumaczalnym zachwytem analizował wyraz jego twarzy, podziwiał zestawienie ciepłych kolorów i cieknącej krwi, przyglądał się bacznie jak wycieka z niego życie. Będziesz się wstydził. Będziesz żałował i bezrozumnym wzrokiem szukał współczucia i pociechy u bliźnich. Być może ktoś zaprosi cię do domu, zaparzy herbaty, ukroi ciasta i zapłacze nad twoim losem.
Gdy wrócisz do pokoju usiądziesz w kącie. Oprzesz plecy o ścianę a usta o brzeg puszki i pociągniesz długi łyk. Zapalisz faję i zastygniesz na kilka długich godzin patrząc w okno. Lub w sufit.
Wstaniesz gdy zacznie świtać...
środa, 28 września 2011
muzyczna podróż sentymentalna
Licealistą będąc zabrałem się pewnego wieczoru do tłumaczenia Stinga. Nie pamiętam już czy miałem tekst czy też spisywałem słowa z taśmy magnetofonowej, w każdym razie piosnkę przetłumaczyłem. Pamiętam żółtą tapetę na ścianie i brązowy klosz lampy z przypalonym materiałem. Jakości przekładu ani jego wersji literackiej nie pamiętam za to do dzisiaj z niewielkimi wpadkami potrafię piosnkę tę zaśpiewać tzn. tak zaprezentować wokalnie, że słuchacze po krótkim wprowadzeniu mogą się zorientować czego słuchali.
jestem tak stary, że:
jechałem pociągiem ciągniętym przez lokomotywę
bronowałem pole koniem
kosiłem trawę kosą
oglądałem czarno-białą telewizję
pamiętam przemówienie Jaruzelskiego w telewizji
taką oto zabawę przyniosła mi moja żona, z zajęć ze swoimi dziećmi...
czas mija - co zapamiętam z dziś - motocyklistę z brudnym kierunkowskazem, którego omal nie przejechałem, małą Olę w białej koszulce z numerem siedem, która cienkim głosikiem woła "pseplasam", słońce wolno wykluwające się z mgły, lepkie zmęczenie dusznym dniem, czy może ten moment, w którym próbuję sobie to wszystko przypomnieć siedząc nad rozgrzanym od pościeli notebookiem...
czas pokaże
może nawet pokarze
Subskrybuj:
Posty (Atom)