Wszyscy kiedyś byliśmy studentami - oblewaliśmy egzaminy, oblewaliśmy sesje, potem oblewaliśmy oblane sesje by oblać zaliczony rok lub zaliczyć kolejne oblanie.Było różnie ale byliśmy młodzi, wspaniali, niewinni, dobrze zapowiadający się i pełni nadziei. A potem z dyplomem, jak z wyrokiem śmierci każdy odjechał w swoją stronę szukać szczęścia i spełnienia.
(powyższy wstęp nie ma absolutnie żadnego związku z istotnym tematem tego posta co się okaże za moment)
Onegdaj, w jedną z zeszłych sobót, miałem tę przyjemność, że popracowałem sobie przy Juwenaliach. Było piwo, kiełbaski, muzyka...i Pink Roses - nigdy o nich ani ich nie słyszałem,występowali jako pierwsi drugiego dnia na Lumumbowie. Gdy zaczynali grać pod sceną stało może z dziesięć osób, gdy kończyli było co najmniej pięćdziesiąt. Grają razem podobno od roku w tym składzie, tak powiedziała ze sceny frontmenka, wtedy jeszcze mówiła bo gdy kończyła koncert ledwie wydawała z siebie zachrypnięte monosylaby ale jej żywiołowa szczerość i bezwarunkowa radość z możliwości grania zauroczyła mnie na te kilkanaście minut więc stałem oparty o barierkę i mocno im kibicowałem z uśmiechem i papierosem na ustach. Potem odszedłem na chwil kilka bo musiałem trochę poudawać pracę a gdy wróciłem jasnowłosa wokalistka już mocno chrypiała ale nadal szczęśliwa, że ludzi przybywa, że klaszczą, że skaczą, że błędy wybaczą i nic to ,że prawie bez głosu ale uśmiechnięta i zdziwiona, że mimo totalnej chrypy ludzie nagradzają ją i zespół oklaskami. Między utworami prosiła o robienie zdjęć bo "wiecie dopiero zaczynamy i jakbyście mogli nam wysłać te zdjęcia na Facebooka to byłoby super".
Nie wiem czy im się uda, czy dojdą na szczyt, czy na ich koncerty ludzie będą walić drzwiami i oknami ale życzę im tego z całego serca a wy którzy czytacie te słowa wejdźcie łaskawie na ich profil na fejsa wrzućcie im lajka i dobre słowo bo naprawdę na to zasługują i podniesie ich to na duchu.
- szeptak
- Ma rude włosy, zielone oczy i piegi. Jego matka zmarła gdy miał 35 lat. Ojca nie poznał nigdy. Urodził się późno w nocy w szpitalu z czerwonej cegły. Gdy widzi przestraszoną twarz Franza Kafki ogarnia go smutek. Chciałby wieść spokojne i harmonijne życie a ludziom, których spotka dawać tylko radość, szczęście i dobro. Zawsze, gdy to tylko możliwe, siada nocą na brzegu jeziora i patrzy w okna domu gdzie po raz pierwszy pocałował ukochaną.Ceni szczerość i odwagę. Ma już więcej lat niż Chrystus więc świata nie zbawi...
poniedziałek, 27 maja 2013
niedziela, 12 maja 2013
Choszczno tu
Można wejść aż do środka, mijając wzgórze i rondo i wejść do kościoła,w którym akurat odbywa się próba uroczystości komunijnej. Dzieci karnie podchodzą do mikrofonu i z nabożną czcią recytują nakazane przez księdza słowa modlitwy.
Można skręcić tuż przed rondem i wejść do baru MIŚ na piwo. Tam jest luźniej - tylko pan Mietek czeka na flaki. Miejsca jakby mniej, gorsze oświetlenie, atmosfera mniej podniosła, żadnych mikrofonów ale za to nie trzeba zdejmować czapki. "Papierosy palimy na zewnątrz" - znudzonym głosem informuje barmanka.
Można przewertować skąpo zaopatrzone ciuchlandy by w tym ostatnim przed dworcem kupić siedem podkoszulek prosto z Anglii, po okazyjnej cenie bez dziur i zapachu spoconych Anglików.
Można odnieść wrażenie do pralni chemicznej, oczyścić, wyprasować i z czystym sumieniem wrócić na ulicę - nikt nie pozna, nikt nie zwróci uwagi.
Można u szewca kupić tanio trampki - białe, na gumowej podeszwie z czarnymi sznurowadłami w jedynym rozmiarze 44.
Można w barze mlecznym tanio skonsumować pierogi w towarzystwie dwóch strażniczek miejskich.
Kiedy słońce zacznie nawijać pożółkłe promienie na czarny kłębek nocy trzeba wstać i zejść mostem na drugą stronę rzeki. Na zakręcie wybrać drogę w prawo i wyjść na prostą. To tylko kwestia czasu - ciemność wchłania szybko i bezszelestnie.
niedziela, 20 stycznia 2013
Nie moje miasto
Miasto widziane tylko nocą i tylko nocą otwarte - kościoły sklepy, restauracje. Ludzie mili, cisi, nieobecni jakby ich nie było jakby stąpali po chodnikach pełnych śniegu, śniegu koloru złota, z nabożną czcią z bojaźnią, pełni pokory i onieśmielenia. Jakby ziemia na której żyją była dla nich największą świętością.
Na przykład Ania. Ania handluje odzieżą z ziemi włoskiej do polskiej przywiezioną. Na wieszakach luźno powiewają marynarki uszyte z jasnych tkanin, bluzy od dresów, szale, krawaty, czapki i spodnie. I wszystko o pięćdziesiąt procent tańsze. Wszystko czyste, wyprasowane, pachnące - jak Ania. Ania ma skórę białą jak cerata w barze mlecznym, dłonie pulchne jak pampuchy gotowane na parze, twarz pełną i otwartą jak placek po zbójnicku, a nogi długie, chude z marginesem bezpieczeństwa miedzy kolanami. I tymi nogami właśnie nabożnie dotyka bruku codziennie rano i codziennie wieczorem idąc przez rynek by otworzyć swój sklep i zamknąć gdy równie nabożnie nadejdzie świt. Ania nie ma męża, który przywoziłby ją i odwoził, poza tym mężczyźni w mieście są mniej nabożni. Chodzą tam i z powrotem bez czapek, bez celu, z rękami w kieszeniach, z głową w chmurach, ze słońcem w oczach. Tak ze słońcem. Oni nie chowają się o świcie, o nie, oni siadają bezczelnie z butelką piwa i oglądają wschód słońca ze wzgórza za miastem. Potem gdy słońce już wzejdzie patrzą smutnym wzrokiem na puste ulice i puste butelki rzucają za siebie by nie widzieć tego nadmiaru pustki dookoła. Włóczą się po zaułkach, łkają na tyłach świątyń a ich łzy zmieniają się w deszcz błękitnych piór, które spadając zmieniają się w mgłę i ta mgła jeszcze długo potem plącze warkocze dziewczynkom idącym do szkoły.
Wszystkie dziewczynki noszą warkocze. Wszystkie, bez wyjątku. Do dziesiątego roku życia dziewczynkom nie obcina się włosów. Żadnej. Ostatniej nocy wiosny na placu przed sądem odbywa się oficjalne mierzenie wszystkich warkoczy. Burmistrz przykłada żółtą wstążkę do czubka nosa i ponad głową, poprzez czoło przeciąga ją aż do końca warkocza. Zwyciężczyni otrzymuje złote nożyczki. Tymi nożyczkami podczas nocy poślubnej mąż będzie mógł wyciąć jej serce. Jeśli serce po wycięciu uderzy jeszcze trzydzieści trzy razy będą żyli długo i szczęśliwie. Jeśli mniej - tylko długo.
W mieście rzadko pada deszcz - ostatnio rok po wojnie - jakby chciał zmyć czerwone ślady po przelanej krwi. Za to rzek przepływa aż pięć. Ta piąta, największa nie ma oficjalnej nazwy - nieoficjalnie nazywa się ją rzeką samobójców. Najwięcej ofiar topi się po maturze. Stają na najwyższym przęśle mostu i skaczą. Nikomu nie udało się przeżyć. Najczęstszą przyczyną zgonu jest skręcenie karku.
Ania zamyka swój sklep. Przekręca klucz w olbrzymiej miedzianej kłódce i rozpływa się w ciemności. Ona, nie kłódka.
Na przykład Ania. Ania handluje odzieżą z ziemi włoskiej do polskiej przywiezioną. Na wieszakach luźno powiewają marynarki uszyte z jasnych tkanin, bluzy od dresów, szale, krawaty, czapki i spodnie. I wszystko o pięćdziesiąt procent tańsze. Wszystko czyste, wyprasowane, pachnące - jak Ania. Ania ma skórę białą jak cerata w barze mlecznym, dłonie pulchne jak pampuchy gotowane na parze, twarz pełną i otwartą jak placek po zbójnicku, a nogi długie, chude z marginesem bezpieczeństwa miedzy kolanami. I tymi nogami właśnie nabożnie dotyka bruku codziennie rano i codziennie wieczorem idąc przez rynek by otworzyć swój sklep i zamknąć gdy równie nabożnie nadejdzie świt. Ania nie ma męża, który przywoziłby ją i odwoził, poza tym mężczyźni w mieście są mniej nabożni. Chodzą tam i z powrotem bez czapek, bez celu, z rękami w kieszeniach, z głową w chmurach, ze słońcem w oczach. Tak ze słońcem. Oni nie chowają się o świcie, o nie, oni siadają bezczelnie z butelką piwa i oglądają wschód słońca ze wzgórza za miastem. Potem gdy słońce już wzejdzie patrzą smutnym wzrokiem na puste ulice i puste butelki rzucają za siebie by nie widzieć tego nadmiaru pustki dookoła. Włóczą się po zaułkach, łkają na tyłach świątyń a ich łzy zmieniają się w deszcz błękitnych piór, które spadając zmieniają się w mgłę i ta mgła jeszcze długo potem plącze warkocze dziewczynkom idącym do szkoły.
Wszystkie dziewczynki noszą warkocze. Wszystkie, bez wyjątku. Do dziesiątego roku życia dziewczynkom nie obcina się włosów. Żadnej. Ostatniej nocy wiosny na placu przed sądem odbywa się oficjalne mierzenie wszystkich warkoczy. Burmistrz przykłada żółtą wstążkę do czubka nosa i ponad głową, poprzez czoło przeciąga ją aż do końca warkocza. Zwyciężczyni otrzymuje złote nożyczki. Tymi nożyczkami podczas nocy poślubnej mąż będzie mógł wyciąć jej serce. Jeśli serce po wycięciu uderzy jeszcze trzydzieści trzy razy będą żyli długo i szczęśliwie. Jeśli mniej - tylko długo.
W mieście rzadko pada deszcz - ostatnio rok po wojnie - jakby chciał zmyć czerwone ślady po przelanej krwi. Za to rzek przepływa aż pięć. Ta piąta, największa nie ma oficjalnej nazwy - nieoficjalnie nazywa się ją rzeką samobójców. Najwięcej ofiar topi się po maturze. Stają na najwyższym przęśle mostu i skaczą. Nikomu nie udało się przeżyć. Najczęstszą przyczyną zgonu jest skręcenie karku.
Ania zamyka swój sklep. Przekręca klucz w olbrzymiej miedzianej kłódce i rozpływa się w ciemności. Ona, nie kłódka.
wtorek, 1 stycznia 2013
nazajutrz 2013
świat wyglądał bardzo podobnie do tego z przed roku
słońce wzeszło tak samo jasno
zelżał mróz
i tradycyjnie nie było śniegu
na chodnikach było mniej konfetti za to więcej osmalonych śladów po butelkach, z których noworocznie podchmieleni karnawałowicze puszczali najtańsze fajerwerki kupione w Biedronce
powietrze było czyste
psy sikały rześko zostawiając strach noworocznej nocy na zmarzniętej trawie
w tramwajach panowała niezręczna cisza i nikt za bardzo nie przejmował się trzynastką na końcu daty
głodne gołębie i wrony wróciły nad śmietniki
staruszki szły do kościołów prosić Boga o lepszy rok a staruszkowie szli do Żabki prosić o tańsze wino
dzieciaki ciągle chciały puszczać sztuczne ognie a skacowani rodzice żałowali niezałożonych prezerwatyw
rzadko przejeżdżały radiowozy i tylko nieliczni zwracali w bramach
ogólnie można by uznać dzień za udany gdyby nie...
ale może lepiej nie zapeszać i mieć nadzieję że właśnie ten Nowy 2013 będzie naprawdę lepszy od zeszłych i wreszcie nam wszystkim żyjącym między dwiema rzekami morzem i górami się poszczęści, przestaniemy narzekać i poczujemy się niewiarygodnie szczęśliwi - tak po prostu, bez żadnego martyrologicznego powodu
niedziela, 30 grudnia 2012
Niedziela - podsumowanie
Ostatnio maniakalnie katuję utwory pana Malakiana i spółki. Zakładam słuchawki na uszy, na to dres i biegam po lesie jak najwęższymi ścieżkami. Aura sprzyja, śnieg nie pada, mróz przeszkadza tylko przez pierwsze piętnaście minut więc od tygodnia depczę zmarznięte liście w rytmie "ormiańskiej" muzyki.("Ormianie mają inną miarę czasu niż my[...] W 1915 roku zaczęła się w Turcji rzeź Ormian. Do czasów Hitlera była to największa rzeź w dziejach świata, zginęło w niej półtora miliona Ormian."
Przyszedł więc czas na delikatne podsumowanie więc do dzieła:
- wspiąłem się na zamek w Golubiu-Dobrzyniu
- w zacnej kompanii obaliłem dwa browce pod czujnym okiem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy na krzyżówce w Handlowym Młynie
- spotkałem kościelnych dwóch - pierwszy od św.Jakuba Starszego lekko powłóczył nogą, drugi od św. Władysława chodził już o kuli. Obaj cisi, "pokornego serca" tak samo głęboko zaciągali się tanimi papierosami i równie serdecznie zapraszali do wnętrz swych świątyń. Pierwszy z nabożną czcią czyścił monstrancje, drugi pieczołowicie składał ornaty i wieszał je do szafy. Obaj starzy, zgarbieni lecz szczęśliwi i ufni w boskie "tak ma być"
- zobaczyłem na własne oczy zahibernowanego nietoperza w podziemnych korytarzach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień
- przejechałem trzysta kilometrów by w pustej katedrze nad wyschniętą rzeką na próżno nasłuchiwać szeptu pan Boga, wstąpiłem (po drodze mi było)tam po otuchę lecz nic nie zmąciło ciszy panującej między równo ułożonymi cegłami
- przejechałem "przejezdnym" odcinkiem autostrady A2 z alpinistą czyszczącym szyby w kopule wieńczącej pałac prezydencki
- nauczyłem się grać "Schody do nieba" dzięki pijanemu akustykowi, który ma duszę artysty, pije dużo piwa, nosi okulary i żyje ze skręcania klamek i zamków
- na pseudoliterackim wieczorku w pseudoliterackiej knajpie w Człuchowie popełniłem pseudoliteracką herezję tej oto treści:
"Muszlo morska soli pełna piach z tobą pobmywanaś ty między przypływami i pobmywany owoc istnienia twego perła
Morska muszlo matko z morza płyń za nami rozbitkami teraz i w ławicy śmierci naszej
amen" ... w nagrodę dostałem piwo gratis
- na pastwisku w Kurozwękach zobaczyłem i prawie dotknąłem jaka - to prawie tak jakbym był w Himalajach
nie jestem z tego powodu szczęśliwszy ale jedno wiem na pewno , pierwszego stycznia rano wyjdę z aparatem na ulicę i zrobię dokładnie takie samo zdjęcie jak przed rokiem
(cytaty dotyczące narodu ormianskiego pochodzą z "Imperium" Ryszrada Kapuścińskiego)
niedziela, 20 maja 2012
GIEWONT 02:41:48,02
Moja noga po sześcioletniej przerwie znów stanęła na Śpiącym Rycerzu - decyzja zapadła spontanicznie i bez zbytecznego namysłu - wystarczył rzut oka w przewodnik Wyki, szybka kalkulacja czasów przejść i plan sam się skrystalizował - jeśli wyjdę do piętnastej wrócę około dwudziestej pierwszej i już czułem to miłe mrowienie w krzyżu a w głowie dojrzewał plan trasy. W hotelowym pokoju szybkie pakowanie (kompas i gwizdek nieodzowne) i gotowy stanąłem na balkonie patrząc w niebo, które było mgliste i niezbyt zachęcające. W powietrzu czuć było bardziej zachętę niż dezaprobatę więc szybko zrobiłem kawę i z namaszczeniem zapaliłem ostatniego papierosa (ten ostatni zawsze smakuje najlepiej choćby był to setny ostatni). Zarzuciłem plecak, włączyłem stoper i ruszyłem. Postanowiłem nadrobić ile się da na płaskich odcinkach by po wejściu w górę nieco zelżyć tempo (o zawodności tej metody miałem się wkrótce boleśnie przekonać - jej skutki do teraz oglądam na swoich palcach u nóg) i szybkim krokiem ruszyłem Ścieżką pod Reglami. Szybko doszedłem do wylotu doliny Strążyskiej i tu pierwsza niespodzianka - szlak na Giewont przez przełęcz na Grzybowcu był zamknięty "ja nie mogę tego mówić ale ludzie przechodzą" - powiedział ściszonym głosem kasjer w okienku więc w nerwach że nie wszystko układa się po mojej myśli ruszyłem szybko w górę. Na polanie Strążyskiej, skąd widać już Giewont (tym razem we mgle)skręciłem na czerwony szlak i tempo marszu z każdym krokiem zaczęło spadać. Chciałem być za sprytny. Do tego wyszło słońce i zrobiło się wilgotno i parno. Nie pozostawało mi nic innego jak "dostosować prędkość podróży do warunków panujących na szlaku" i swoim normalnym tempem podchodzić i podchodzić i podchodzić ponieważ szlak czerwony niemal aż pod sam Giewont pnie się dość stromymi podejściami gdzie nie ma zbyt wielu płaskich odcinków na oddech i ulgę dla zbolałych mięśni. Szedłem więc dostając coraz częściej zadyszki, przystając dla złapania oddechu, potem starałem się nie forsować tempa i złapać równy choć wolny rytm. To też nie zdawało egzaminu. W końcu zaczęło mi się kręcić w głowie - lekkie zawroty ale nigdy dotąd czegoś takiego nie miałem - kolejne postoje były poświęcone złapaniu koncentracji i jako takiego pionu bo już zaczynałem się chwiać.
Na przełęczy w Grzybowcu siadłem na kamieniu i zacząłem uważniej wsłuchiwać się w swój organizm. Eskapada była wariacka, bez żadnej aklimatycacji, bez żadnej przebieżki pod halach tylko od razu w górę, ciśnienie na wysokości zaczęło robić swoje, w głowie szumiało, oddech się spłycał, do tego nerwy, że nie zdążę wrócić przed zmrokiem i mimo, że naprawdę rozważałem zejście faktycznie oszukiwałem samego siebie. Chciałem i czułem, że mogę dojść na szczy,t pewnie trochę wolniej, dłużej ale podskórnie byłem pewien, że uda mi się. Pełen obaw ale i nadziei szedłem ostrożnie dalej, krok za krokiem racjonalnie gospodarując siłami, szedłem czujnie jak świeżo upieczony emeryt na swój pierwszy spacer po zawale serca. Słuchałem oddechu, słuchałem szumu w uszach, łapałem ostrość na poszczególnych kamieniach i systematycznie nabierałem wysokości. Wtedy na szlaku pojawiły się pierwsze płaty śniegu. Poczułem lekkie mrowienie w żąłądku - zaczyna się robić coraz niebezpieczniej. Śnieg był lekko zmrożony z wyraźnie wydeptaną ścieżką ale z góry zaczęły napływać chmury, wiatr powiewał złowieszczo, widoczność zaczęła się pogarszać i ogólna atmosfera wokół "wyraźnie siadła". Konsekwentnie ignorowałem wszystkie niepokojące sygnały i uparcie szedłem naprzód. Śnieg to pojawiał się to znikał, panorama ograniczała się do jakichś 50 metrów na szczęście ścieżka była wyraźna więc szedłem z coraz bardziej naprężonymi nerwami. Kiepsko się tak idzie, nie ma człowiek czasu by rozejrzeć się wokół, popatrzeć na szczyty, rozkoszować się samotnościa i ciszą ( taka cisza w bezwietrznej mgle dotyka cię niemal cieleśnie wolno przetaczając się wokół jakbyś był otoczony białymi kurtynami, jakby przyroda igrała z twoim strachem urządzając sobie spektakl twoim kosztem bawiąc się w upiorne "akuku") Szedłem przytulony do ścian Siodłowej Turni pnąc się po kamieniach na przełęcz Kondracką mając nadzieję że za chwilę zobaczę choć zarys szczytu ale wciąż widziałem tylko mgłę i chmury. Starałem się po prostu iść i gdy wreszcie osiągnłem przełęcz (z pokaźnym płaszczykiem śniegu)i wciąż nie widziałem choćby śrubki na krzyżu nie było mi do śmiechu. Z jednej strony byłem zmęczony i lekko zdegustowany ale z drugiej wiedziałem że jeszcze tylko łańcuchy i będę zaraz pod krzyżem - to zaraz trwało dobre pół godziny. Na szlaku śnieg mieszał się z osypujacymi kamieniami, nogi miałem jak z waty bardziej z nerwów niż ze zmęczenia, w głowie mi szumiało lecz gdy wreszcie zobaczyłem żelazne szare pręty wszystko odpuściło. Świat też nagle pojaśniał. Zza chmur wyszło słońce (co za kicz) rzuciłem plecak i zabrałem się do pstrykania zdjęć. Chmury przelewały się nade mną, pode mną wokół mnie odsłaniając i zasłaniając słońce i na koniec urządziły mi piękny spektakl z efektem Brockenu z krzyżem w roli głównej.
("Wśród taterników istnieje przesąd, mówiący, że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Wymyślił go w 1925 roku i spopularyzował Jan Alfred Szczepański. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok", co więcej – szczęśliwiec może się czuć w górach bezpieczny po wsze czasy".- podaje Wikipedia)
Wreszcie mogłem spokojnie usiąść i zjeść prince polo popijając herbatą z termosu. Sam na wielkiej górze, dłubiąc butem w nosie Śpiącego Rycerza.
Wróciłem żółtym szlakiem przez Dolinę Małej Łąki. Po drodze minąłem ciemnogranatowego ślimaka i wcale mu się nie śpieszyło. Do hotelu wróciłem po zmroku i zdążyłem nawet kupić piwo przed zamknięciem sklepu. Piwo rozpiłem na balkonie i zanim poszedłem spać porządnie rozmasowałem nogi.
niedziela, 13 maja 2012
ZAWRAT 5:28:44,97
Subskrybuj:
Posty (Atom)