"Raz w roku na targowisku odbywa się egzekucja. Na plac zajeżdża czarna furmanka zaprzężona w dwa białe ogiery. Trzech mężczyzn w czarnych kapturach szybko ustawia drewniany podest. Stawiają pieniek i rozbiegają się w poszukiwaniu ofiary. Oczywiście, że nikt nie ucieka, oczywiście, że nikt się nie chowa - winni jesteśmy wszyscy. Ludzie spokojnie wybierają co czerwieńsze jabłka, sprawdzają świeżość rzodkiewek, negocjują cenę jaj.
Czarne postacie spacerują w milczeniu - nikt się nie śpieszy - gdaczą kury, wieje lekki wiatr w powietrzu unosi się zapach świeżo ściętych ziół; główki czosnku majestatycznie kołyszą się nad głowami przekupek.
I nagle ciszę rozcina słodki jak trzcina skowyt ofiary. Niby nic oryginalnego - czerwony dywan głowa wolno toczy się po schodach, ciało osuwa się bezwładnie, chwila ciszy i po sprawie...
A jednak jest coś magicznego w lepkim zapachu przeszywającym kości i widoku świeżo poćwiartowanego mięsa równo rozkładanym na starannie heblowanych deskach"
czasem coś mi wpadnie do głowy i próbuję to zapisać
ale nie wychodzi
i im dalej zapędzam się w gąszcz liter tym sens gdzieś umyka
i znika duszy muzyka
i pierwotny zamiar traci namiar
i zaczynam bez sensu rymować
i ..... .... mać!
ale jednocześnie żal tych wersów w pocie czoła wymyślanych
i z nadzieją, że może czas
bezsensu bełkot
patyną mądrości
oblepi słowa
za kurtynę milczenia
się chowam
POTARGAJ MNIE WENO !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- szeptak
- Ma rude włosy, zielone oczy i piegi. Jego matka zmarła gdy miał 35 lat. Ojca nie poznał nigdy. Urodził się późno w nocy w szpitalu z czerwonej cegły. Gdy widzi przestraszoną twarz Franza Kafki ogarnia go smutek. Chciałby wieść spokojne i harmonijne życie a ludziom, których spotka dawać tylko radość, szczęście i dobro. Zawsze, gdy to tylko możliwe, siada nocą na brzegu jeziora i patrzy w okna domu gdzie po raz pierwszy pocałował ukochaną.Ceni szczerość i odwagę. Ma już więcej lat niż Chrystus więc świata nie zbawi...
wtorek, 2 grudnia 2008
środa, 26 listopada 2008
PÓŁMETEK
Pomiędzy trzecią a czwartą nad ranem schodzę na półpiętro i staję przed parapetem patrząc na pogrążone w ciemnościach podwórko. Pod śmietnik podchodzą wygłodniałe koty a z bram kamienic wypełzają cienie staruszków idących po chleb jak na ścięcie. Mrok z wolna ustępuje światłu, cisza ulega pod naporem ulicznego szumu.
Siadam na piaszczystych schodach i chwilę nasłuchuję. Gdy cisza jest już niemal absolutnie gęsta zapalam ostatniego papierosa. Od tej chwili mam dokładnie siedem minut.
Na kamiennej podłodze rozkładam zdjęcia: sześć postaci na ganku poniemieckiego domu, koń na tle nieba, kości bielejące w polu, wąsy, muchomor na tle zwalonego mostu, księżyc nad trzcinami, dwie postaci trzymające się za ręce.
Głęboko zaciągam się dymem i czekam aż cienie powstaną. Czekam. Czekam lecz nikt się nie zjawia. I im bardziej zaglądam wgłąb tym mniej pamiętam.
Ciemnym podwórkiem przemykają trzy wysokie kobiety:
rude kręcone włosy opadające na ramiona, ciemne okulary i szpilki
jeżyk o czerwonych końcówkach, skóra, glany
blond pasemka, błękitny dres, trampki w trupie czaszki.
One biegną tnąc fale krwawego brzasku
trzymają za ręce poranne powietrze
na skrzydłach anioła płyną
bezgłośnie
jeszcze tylko dwa kroki
trzy ziarenka
już są po drugiej stronie
chwytają w objęcia
gęste ciemności
znikają za rogiem
ostrym jak miecz
Wstaję, wyrzucam niedopałek w pachnące świeżym porankiem powietrze, z trzaskiem podnoszę śpiące zdjęcia i cicho, by nikogo nie obudzić, zamykam za sobą drzwi.
Siadam na piaszczystych schodach i chwilę nasłuchuję. Gdy cisza jest już niemal absolutnie gęsta zapalam ostatniego papierosa. Od tej chwili mam dokładnie siedem minut.
Na kamiennej podłodze rozkładam zdjęcia: sześć postaci na ganku poniemieckiego domu, koń na tle nieba, kości bielejące w polu, wąsy, muchomor na tle zwalonego mostu, księżyc nad trzcinami, dwie postaci trzymające się za ręce.
Głęboko zaciągam się dymem i czekam aż cienie powstaną. Czekam. Czekam lecz nikt się nie zjawia. I im bardziej zaglądam wgłąb tym mniej pamiętam.
Ciemnym podwórkiem przemykają trzy wysokie kobiety:
rude kręcone włosy opadające na ramiona, ciemne okulary i szpilki
jeżyk o czerwonych końcówkach, skóra, glany
blond pasemka, błękitny dres, trampki w trupie czaszki.
One biegną tnąc fale krwawego brzasku
trzymają za ręce poranne powietrze
na skrzydłach anioła płyną
bezgłośnie
jeszcze tylko dwa kroki
trzy ziarenka
już są po drugiej stronie
chwytają w objęcia
gęste ciemności
znikają za rogiem
ostrym jak miecz
Wstaję, wyrzucam niedopałek w pachnące świeżym porankiem powietrze, z trzaskiem podnoszę śpiące zdjęcia i cicho, by nikogo nie obudzić, zamykam za sobą drzwi.
środa, 5 listopada 2008
OTACZA NAS KREW
Jest pierwsza dwadzieścia cztery szóstego listopada dwa tysiące ósmego roku. Siedzę bezradnie przed komputerem. Kilkanaście minut temu obejrzałem dokument o dzieciach w Korei Północnej - małe, wygłodniałe istotki biegające za kromką chleba w poszarpanych ubraniach po obskurnych ulicach. Autor tych zdjęć zaginął. Nikt nie wie gdzie jest i co się z nim obecnie dzieje. Najprawdopodobniej nie żyje lub siedzi w obozie pracy.
I nagle zrozumiałem, poczułem, uświadomiłem sobie w jak okrutnym, nienawistnym i podłym żyję świecie. Nagle zrozumiałem, że wszystko czego dotykam, co mnie otacza jest przesiąknięte krwią Chińczyków, Koreańczyków, którzy gdzieś w ciemnych zatęchłych piwnicach, na strychach czy gdziekolwiek indziej szyją, składają, montują i pakują swoją krew bym mógł w niej chodzić, jeździć, ubierać się, słuchać, myć
Jestem dokładnie zabalsamowany krwią
czegokolwiek dotknę , zrodziło się w bólu i cierpieniu i tak naprawdę nie ma od tego ucieczki
jestem oplątany przemyślną siecią totalitarnego przemysłu przemocy
Co czwarty człowiek na świecie to Chińczyk, co czwarty człowiek na świecie to niewolnik a ja jestem jak ten poganiacz, który czeka na swój łup
i tak świadomość bezradności, że nic nie mogę zrobić
i ta świadomość, że amerykańskie satelity co dzień chłodnym okiem lustrują pola śmierci na których uprawia się ludzkie cierpienie zamieniane na dolary, jeny, franki, złotówki
a my spokojnie oglądamy olimpiadę spychając ten fakt daleko w podświadomość
fakt, iż stoi za tym niewyobrażalne zło
nie mogę sobie z tym poradzić i czuję odrazę do samego siebie
moje palce dotykają klawiszy, które składało małe, brudne, głodne wystraszone i tanie dziecko
i nie ma alternatywy a właściwie nigdy jej nie szukałem.
Jutro jak zwykle pójdę do pracy
założę jasne tenisówki, jasny podkoszulek, jeansy...
a gdyby wszyscy zbojkotowali ten proceder i cały świat ubierałby się...
nie wierzę, że to możliwe
zło jest bardzo tanie i kiepskiej jakości
już zawsze będziemy taplać się we krwi
I nagle zrozumiałem, poczułem, uświadomiłem sobie w jak okrutnym, nienawistnym i podłym żyję świecie. Nagle zrozumiałem, że wszystko czego dotykam, co mnie otacza jest przesiąknięte krwią Chińczyków, Koreańczyków, którzy gdzieś w ciemnych zatęchłych piwnicach, na strychach czy gdziekolwiek indziej szyją, składają, montują i pakują swoją krew bym mógł w niej chodzić, jeździć, ubierać się, słuchać, myć
Jestem dokładnie zabalsamowany krwią
czegokolwiek dotknę , zrodziło się w bólu i cierpieniu i tak naprawdę nie ma od tego ucieczki
jestem oplątany przemyślną siecią totalitarnego przemysłu przemocy
Co czwarty człowiek na świecie to Chińczyk, co czwarty człowiek na świecie to niewolnik a ja jestem jak ten poganiacz, który czeka na swój łup
i tak świadomość bezradności, że nic nie mogę zrobić
i ta świadomość, że amerykańskie satelity co dzień chłodnym okiem lustrują pola śmierci na których uprawia się ludzkie cierpienie zamieniane na dolary, jeny, franki, złotówki
a my spokojnie oglądamy olimpiadę spychając ten fakt daleko w podświadomość
fakt, iż stoi za tym niewyobrażalne zło
nie mogę sobie z tym poradzić i czuję odrazę do samego siebie
moje palce dotykają klawiszy, które składało małe, brudne, głodne wystraszone i tanie dziecko
i nie ma alternatywy a właściwie nigdy jej nie szukałem.
Jutro jak zwykle pójdę do pracy
założę jasne tenisówki, jasny podkoszulek, jeansy...
a gdyby wszyscy zbojkotowali ten proceder i cały świat ubierałby się...
nie wierzę, że to możliwe
zło jest bardzo tanie i kiepskiej jakości
już zawsze będziemy taplać się we krwi
niedziela, 2 listopada 2008
W DZIEŃ ZADUSZNY
Gdy opadają mgły duchy zmarłych układają się do snu
samotnie pośród mokrych liści
wypruci z powietrza, chleba i wody
w proch obróceni
śmiertelnie
powiewają w nicości
zawsze jest tak samo
tupot tysiąca stóp
ściszone rozmowy
duszny zapach kwiatów
schowane w piasku
głęboko pod ziemią
drżą ich marzenia
zbawieni czy nie
będą wędrować
po naszych snach
wtorek, 21 października 2008
Na dobry początek kolejnego dnia
"Położyłem się wieczorem i obudziłem się rano. Tak powiedziałem. Ech, Gałązko Jabłoni, co ja widzę?"
i choć dawno już opadły mgły
dawno zniknęły dwukółki mleczarzy
umilkły siekiery
i minęła godzina słynna piąta pięć
ja wciąż żyję
i czekam z utęsknieniem na to co przyniesie nowy dzień
i choć dawno już opadły mgły
dawno zniknęły dwukółki mleczarzy
umilkły siekiery
i minęła godzina słynna piąta pięć
ja wciąż żyję
i czekam z utęsknieniem na to co przyniesie nowy dzień
piątek, 17 października 2008
влюбленность сорвет нас врозь
Mimo wszystko jest coś krzepiącego w języku rosyjskim - obecnie nieustannie katuję się utworem Ubika - zbitka kosmopolityczna - rosyjski artysta, który przyjął pseudo z kultowej książki Dicka - autora opętanego manią prześladowczą i bojącego się jak diabli wszystkiego co sowieckie (Lema uważał za agenta KGB).
Oczywiście w ogólniaku i podstawówce nienawidziłem uczyć się "języka wroga" - choć pewnego razu zająłem bezapelacyjnie pierwsze miejsce wykonując przepiękną i natchnioną pieśń "Zawsze niech będzie słońce". Konkurs odbył się spontanicznie w piaskownicy podczas przerwy meczu z chłopakami z drugiego podwórka (drugie podwórko było przed blokiem numer dwa, trzecie przed trójką a potem była już górna Brzozowa ale to zupełnie inna historia...wojna o park... wyprawy na zwaleniec). Ponadto dużo, dużo później wpadł mi w ręce "Mistrz i Małgorzata" w ojczystym języku Rewolucji Październikowej - lektura niebywale metafizyczna - pomimo braku znajomości co drugiego słowa - ale brzmienie tego języka, jego melodia, siła, melancholia i tęsknota są czymś tak pierwotnie naturalnym - w przeciwieństwie do angielskiego, kluskowatego bełkotu - że rozkoszą było pławienie się w meandrach moskiewskich zaułków - szerokie niczym Dzikie Pola samogłoski, okrągłość słów i głęboka niczym jezioro Bajkał smuta za czymś bliżej nieokreślonym...
I jeszcze jedno - ostatnia scena "Pożegnania jesieni"! Jan Frycz vel Atanazy Bazakbal vel alter ego Witkacego - stojący po pas w wodzie, przekradając się przez granicę z Puszkinem na ustach pod lufami sowieckich sołdatów:
Я помню чудное мгновенье:
Передо мной явилась ты
Как мимолетное виденье,
Как гений чистой красоты.
В томленьях грусти безнадежной,
В тревогах шумной суеты,
Звучал мне долго голос нежный,
И снились милые черты.
Шли годы. Бурь порыв мятежный
Рассеял прежние мечты.
И я забыл твой голос нежный,
Твои небесные черты.
В глуши, во мраке заточенья
Тянулись тихо дни мои
Без божества, без вдохновенья,
Без слез, без жизни, без любви.
Душе настало пробужденье:
И вот опять явилась ты,
Как мимолетное виденье,
Как гений чистой красоты.
И сердце бьется в упоенье,
И для него воскресли вновь
И божество и вдохновенье,
И жизнь, и слезы, и любовь.
i po polsku:
"Gdy wspomnę cudne czasu mgnienie
Przede mną się zjawiłaś Ty.
Jak nieuchwytne przywidzenie
W czystym geniuszu piękna Twym.
W udręce żalu rozpaczliwej,
Wśród trosk gnębiących każdą myśl,
Brzmiał w duszy głos Twój barwy czułej
Śniłem o rysach miłych Twych
Szły lata, poryw burz powstańczy
Potargał dawnych marzeń szyk
Zatarła pamięć głos Twój czuły
Obraz niebiańskich rysów Twych
W głuszy , we mroku opuszczenia
Płynęły z wolna moje dni
Bez mego bóstwa, bez natchnienia
Odeszło życie, miłość, łzy.
Lecz przyszło duszy przebudzenie
Znów nagle się zjawiłaś Ty
Jak nieuchwytne przywidzenie
W czystym geniuszu piękna Twym
I serce bije upojeniem
Zmartwychwstał dawny jego rytm.
Znów moje bóstwo, znów natchnienie,
Wróciła miłość, życie, łzy."
i gdy wybrzmiały słowa - chwila ciszy i strzał rozdzierający serce...!
Metafizyka stugłowego cielęcia w wydaniu dalekowschodnim!!!!!!!
Słowa na wskroś prorocze...
Oczywiście w ogólniaku i podstawówce nienawidziłem uczyć się "języka wroga" - choć pewnego razu zająłem bezapelacyjnie pierwsze miejsce wykonując przepiękną i natchnioną pieśń "Zawsze niech będzie słońce". Konkurs odbył się spontanicznie w piaskownicy podczas przerwy meczu z chłopakami z drugiego podwórka (drugie podwórko było przed blokiem numer dwa, trzecie przed trójką a potem była już górna Brzozowa ale to zupełnie inna historia...wojna o park... wyprawy na zwaleniec). Ponadto dużo, dużo później wpadł mi w ręce "Mistrz i Małgorzata" w ojczystym języku Rewolucji Październikowej - lektura niebywale metafizyczna - pomimo braku znajomości co drugiego słowa - ale brzmienie tego języka, jego melodia, siła, melancholia i tęsknota są czymś tak pierwotnie naturalnym - w przeciwieństwie do angielskiego, kluskowatego bełkotu - że rozkoszą było pławienie się w meandrach moskiewskich zaułków - szerokie niczym Dzikie Pola samogłoski, okrągłość słów i głęboka niczym jezioro Bajkał smuta za czymś bliżej nieokreślonym...
I jeszcze jedno - ostatnia scena "Pożegnania jesieni"! Jan Frycz vel Atanazy Bazakbal vel alter ego Witkacego - stojący po pas w wodzie, przekradając się przez granicę z Puszkinem na ustach pod lufami sowieckich sołdatów:
Я помню чудное мгновенье:
Передо мной явилась ты
Как мимолетное виденье,
Как гений чистой красоты.
В томленьях грусти безнадежной,
В тревогах шумной суеты,
Звучал мне долго голос нежный,
И снились милые черты.
Шли годы. Бурь порыв мятежный
Рассеял прежние мечты.
И я забыл твой голос нежный,
Твои небесные черты.
В глуши, во мраке заточенья
Тянулись тихо дни мои
Без божества, без вдохновенья,
Без слез, без жизни, без любви.
Душе настало пробужденье:
И вот опять явилась ты,
Как мимолетное виденье,
Как гений чистой красоты.
И сердце бьется в упоенье,
И для него воскресли вновь
И божество и вдохновенье,
И жизнь, и слезы, и любовь.
i po polsku:
"Gdy wspomnę cudne czasu mgnienie
Przede mną się zjawiłaś Ty.
Jak nieuchwytne przywidzenie
W czystym geniuszu piękna Twym.
W udręce żalu rozpaczliwej,
Wśród trosk gnębiących każdą myśl,
Brzmiał w duszy głos Twój barwy czułej
Śniłem o rysach miłych Twych
Szły lata, poryw burz powstańczy
Potargał dawnych marzeń szyk
Zatarła pamięć głos Twój czuły
Obraz niebiańskich rysów Twych
W głuszy , we mroku opuszczenia
Płynęły z wolna moje dni
Bez mego bóstwa, bez natchnienia
Odeszło życie, miłość, łzy.
Lecz przyszło duszy przebudzenie
Znów nagle się zjawiłaś Ty
Jak nieuchwytne przywidzenie
W czystym geniuszu piękna Twym
I serce bije upojeniem
Zmartwychwstał dawny jego rytm.
Znów moje bóstwo, znów natchnienie,
Wróciła miłość, życie, łzy."
i gdy wybrzmiały słowa - chwila ciszy i strzał rozdzierający serce...!
Metafizyka stugłowego cielęcia w wydaniu dalekowschodnim!!!!!!!
Słowa na wskroś prorocze...
czwartek, 16 października 2008
Blogostan
i tak sobie siedzę patrząc w okno...
a za oknem krople deszczu nieuchronnie zmywają ślady dawnej świetności lata...
dni pełne wiatru i szarości
noce pełne księżycowej pełni
noce pełne bezsenności i tęsknoty za rozsłonecznionym świtem z widokiem na góry
noce puste, groźne i posępne
"...przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu i że tylko wyznaczają sobie rendez-vous ci, którzy pisują do siebie na liniowym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końca tubki."
nie mam nic przeciwko smutkowi
nie mam nic przeciwko samotności
nie mam nic na swoją obronę
nie mam nic
a za oknem przejeżdżają kolejne tramwaje
przecinając kolejne krople...
poznałem człowieka, który nie posiada pieniędzy ale posiada kilka kont w różnych bankach, założył je i czeka aż ktoś się pomyli i wyśle na jego konta ogromną sumę pieniędzy, wtedy szybko je wypłaci i ucieknie do RPA...
pewnej wiosennej nocy miałem dziwny sen:
idę samotnie brzegiem jeziora i spotykam murzynkę otuloną długim, jasnym płaszczem z wielbłądziej skóry, murzynka mija mnie obojętnie po czym zrzuca płaszcz i wskakuje do wody znikając w ciemnych odmętach, płaszcz zamienia się w rybaka, który wyjmuje taflę wody niczym dywan i wrzuca go na ciężarówkę, która jedzie do Wilna ciągnięta przez stado wron, zapada zmierzch, budzę się, siedzę patrząc w okno a za oknem krople deszczu nieuchronnie zmywają ślady dawnej świetności lata...
a za oknem krople deszczu nieuchronnie zmywają ślady dawnej świetności lata...
dni pełne wiatru i szarości
noce pełne księżycowej pełni
noce pełne bezsenności i tęsknoty za rozsłonecznionym świtem z widokiem na góry
noce puste, groźne i posępne
"...przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu i że tylko wyznaczają sobie rendez-vous ci, którzy pisują do siebie na liniowym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końca tubki."
nie mam nic przeciwko smutkowi
nie mam nic przeciwko samotności
nie mam nic na swoją obronę
nie mam nic
a za oknem przejeżdżają kolejne tramwaje
przecinając kolejne krople...
poznałem człowieka, który nie posiada pieniędzy ale posiada kilka kont w różnych bankach, założył je i czeka aż ktoś się pomyli i wyśle na jego konta ogromną sumę pieniędzy, wtedy szybko je wypłaci i ucieknie do RPA...
pewnej wiosennej nocy miałem dziwny sen:
idę samotnie brzegiem jeziora i spotykam murzynkę otuloną długim, jasnym płaszczem z wielbłądziej skóry, murzynka mija mnie obojętnie po czym zrzuca płaszcz i wskakuje do wody znikając w ciemnych odmętach, płaszcz zamienia się w rybaka, który wyjmuje taflę wody niczym dywan i wrzuca go na ciężarówkę, która jedzie do Wilna ciągnięta przez stado wron, zapada zmierzch, budzę się, siedzę patrząc w okno a za oknem krople deszczu nieuchronnie zmywają ślady dawnej świetności lata...
Subskrybuj:
Posty (Atom)