Gdy grób został już wykopany, kran zamontowany, kamera stanęła na statywie i przyjechały studentki wreszcie mogliśmy wejść na plan. "Wyrodny syn" wbił się w czarną marynarkę i poszliśmy między mogiły.
Najmłodsza zajęła się wydmuchiwaniem dmuchawców. Baraszkowała między krzyżami pod czujnymi okiem pana producenta. Po chwili oboje zniknęli między drzewami.
Nad grobem stanął ksiądz. Do ręki wziął niewielkie kropidło. Po prawicy stanęła rodzina, po lewicy dalsi krewni i znajomi. Do oczu napłynęły łzy, dłonie zakwitły różami, słońce rozbłysło zza chmur, reżyser krzyknął "akcja" i kamera poszła w ruch.
"Żegnamy dziś naszą siostrę Krystynę, która po długiej wędrówce odeszła do domu pańskiego..."
widziałem rąbek jej pasiastych spodni migający między Jezusem bolesnym sprawnie przytwierdzonym do płyty a zwiędłymi żonkilami w pękniętym dzbanku
"...wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem - jest czas rodzenia i czas umierania..."
kolejne płatki róż i nasionka dmuchawca poszybowały ku niebu
"...nad duchem człowiek nie ma władzy aby go powstrzymać a nad dniem śmierci nie ma mocy..."
a teraz ja się będę chowała za drzewem a ty mnie będziesz szukał
"...bo czas i przypadek rządzi wszystkim, bo też i nie zna człowiek swego czasu..."
a teraz nalejemy wody do tego słoiczka i podlejemy tamte kwiatki
"...któż bowiem z ludzi rozezna zamysł Boży albo któż pojmie wolę Pana?..."
a teraz przebiegniemy na drugą stronę uli...
"stop"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz